środa, 8 maja 2013

1. Nieszczęśliwy wypadek

„Lasciate ogni speranza, voi ch'entrate  Porzućcie wszelką nadzieję, wy, którzy wchodzicie "  - Dante, Boska Komedia I 3, 9

 Opadła na kanapę. Zamknęła oczy chcąc uspokoić rozszalałe serce. W brzuchu latał miliony rozszalałych motyli co wcale nie pomagało w pozbycia się uczucia niepokoju. Uczucie niepokoju sprawiało czekanie na brzęk telefonu. Ostatni raz czuła tak niepokój w dzień gdy Rosallie szła na imprezę, a ona nie chciała. Gdyby wiedziała co ma się zdarzyć, poszłaby z nią.
- Uważaj na siebie- powiedziała Juliette wypijając już ostatni kieliszek wódki i podnosząc się z kanapy.
  - Na pewno nie chcesz iść ze mną?- zapytała jej siostra.
Juliet popatrzyła głęboko w czekoladowe oczy swojej siostry.;Pomimo iż miały już szesnaście lat, nadal wyglądały identycznie. Wielkie kasztanowe oczy, śniada cera, długie brązowe włosy. Kiedyś Rosallie chciała ściąć swoje włosy, lecz nie zrobiła tego z kilku powodów. Pierwszym było to, że wyglądały identycznie, a dzięki temu podawały się za siebie nawzajem. Jedynym znakiem rozpoznawczym było znamię Juliet na lewym udzie.
  - Nie, nie chcę.- powiedziała Juliette pokazując swoje białe, proste zęby.Czuła
 uczucie niepokoju, lecz nie wiedziała, że spowodowane jest to tym że to miał być ich ostatnia rozmowa.
  Wspomnienia przerwał długo wyczekiwany brzęk telefonu. Zanim wzięła go do ręki, sprawdziła godzinę. Była dwudziesta trzecia, godzina do jej dwudziestych pierwszych urodzin. Jeszcze godzina a stanie się pełnoletnia.  Spojrzała na wyświetlacz upewniając się kto dzwoni. Nie pomyliła się. Była to jej okropna macocha. Juliet rozumiała, że ojciec musiał czuć się okropnie po stracie żony i jednej z córek, ale żeby poślubić akurat ją? Macocha traktowała dziewczynę jak zwykłą dziwkę. Przy każdej rozmowie nazywała jej matkę narkomanką, a siostrę dziwka, choć poślubiła jej ojca dla kasy i seksu. Zrobiła wszystko dla swojej rozpieszczonej córeczki, właśnie w tej sprawie dzwoniła. Tylko w tej sprawie odzywała się do dziewczyny za każdym razem. 
 -Witaj, moja kochana macocho. Jeszcze godzina do moich urodzin, więc raczej nie po to dzwonisz.- spytała miłym głosem.
  - Możesz pomarzyć! Jesteś nikim! Jak mogłaś tak ośmieszyć Devon! Jak możesz zrobić coś takiego?! Jesteś jak twoja siostra, zwykła suka, zasłużyła na swój żywot. Powinno przytrafić ci się to co jej!
  W tym momencie nie wytrzymała. Jak śmie mówić, że jej siostra zasłużyła na śmierć. Nikomu nie powinno mówić się takich rzeczy, a zwłaszcza siostrze bliźniaczce. To był cios poniżej pasa.  Zamknęła oczy i odetchnęła głęboko kilka razy, aby się uspokoić. Gdy i to nie pomogło postanowiła powiedzieć to co myśli.
  - Jak śmiesz tak mówić! Zdziwisz się, gdy któregoś pięknego dnia nagram naszą rozmowę i tato o wszystkim się dowie. Co do Devon, należało jej się. To twoja córka jest taka strachliwa.
 Gdy Juliet wracała z wieczornego spaceru, jakimś cudem natknęła się na swoją przybraną siostrę. Nie wiedziała czemu była akurat w tym miasteczku, w końcu mieszka kilkanaście kilometrów dalej. Brunetka nie zwróciła na nią zbytniej uwagi i szła dalej. Grupka dzieciaków stała po dwóch stronach ścieżki, a sama Devon stała najbliżej siostry.
  - Patrzcie, to ta dziwaczka o której wam opowiadała- usłyszała Julie.
 Na jej ustach pojawił się mały uśmieszek.  W momencie gdy chciała przejść między grupką nastolatków, farbowana blondi Devon chciała podstawić nogę swojej siostrze. Juliette przeszła tylko obok omijając wystawioną nogę dziewczyny i krzyknęła: Buuu...! Devon przestraszyła się i upadła pupą na mokry śnieg. Cala grupka jej przyjaciół wybuchła śmiechem. Właśnie dlatego kochająca macocha dzwoniła do Juliette.
- A co do prezentu... Nie martw się, ojciec dziś podarował mi dwa nowe auta.- powiedziała z szerokim uśmiechem na ustach i rozłączyła się nie dając dojść kobiecie do słowa.
  Jej ojciec miał znane na całym świecie restauracje. Miał pieniądze jak i sławę. Przy kamerach i fleszach aparatów macocha była kochającą matką, ale Juliette nawet przy aparatach nie ukrywała swojej wrogości do niej. Może jej prawdziwa matka miała problemy z narkotykami, ale przynajmniej nie chodziło jej o pieniądze. Nie ćpała, potem znów wracała do nałogu, aż gdy jej córki miały piętnaście lat, przedawkowała i zmarła. Córki i ojciec przeżyły to mocno. Dziewczyny zżyły się z sobą, a ojciec przechodził załamane. Potem jednak poznał niby kochającą Jennifer, macochę Juliette.
Dziewczyna wstała z kanapy kierując się w stronę sypialni, nie miała zamiaru siedzieć w domu. Choć tamtego dnia odbyła już swój codzienny spacer, postanowiła, że odbędzie go jeszcze raz. Była to czynność, która stała się jej nawykiem, tak jak codzienne imprezy z Rosallie po śmierci matki.
  - Jak ona śmie?- warczała sama do siebie szukając w małej garderobie ubrań.
Wzięła ciemne jeansy i jaskrawo różowy top. Nie zastanawiając się długo, zasznurowała swoje wysokie glany i zapięła swoją zimową kurtkę. Nie bała się zimna. Zimno mogło jej pomóc.  Zamknęła drzwi do małego, lecz przytulnego domku. Schowała klucze do prawej kieszeni spodni jak miała to w zwyczaju i ruszyła w stronę drogi do innego miasta. Auta jeździły zawsze bardzo szybko, lecz teraz nie bała się z powodu późnej godziny. Zawsze ludzie dziwili się że mając tak bogatego ojca, nie ma wielkiego apartamentu w Seattle. Po co jej pieniądze i do tego jej ojca, gdy ona chce stać się niezależna. Wiedziała, że w przyszłości najprawdopodobniej będzie pracowała w pobliskim barze jako kelnerka, ale ta myśl wcale jej nie przerażała, raczej dodawała otuchy.
  Pomimo mrozu, który szczypał ją w policzki czuła, że spacer zaczyna jej domagać. Płatki śniegu wesoło spadały z nieba, ukazując uśmiech na ustach dziewczyny. Lampy ustawione były w dalekich odstępach od siebie, ale nie bała się. Chodziła tą drogą codziennie i nie słyszała, aby ktoś znikł czy został zabity.
Zobaczyła lampy auta. Stała właśnie pomiędzy lampą, a dużym drzewem. Postanowiła poczekać chwilę, choć auto jechało naprawdę wolno. Po chwili wolała iść dalej, ale nie wiedziała, że to będzie jej wielki błąd. Ruszyła do przodu, a auto było coraz bliżej. Zamknęła oczy przez rażące lampy. Kierowca widząc na drodze dziewczynę spanikował, tym samym wpadając w poślizg. Usłyszała pisk hamulców, po czym została pchnięta na drzewo. Poczuła przeszywający ból brzucha, w jakiś sposób została przyszpilona do drzewa. Otworzyła oczy patrząc w dół, zobaczyła wystający z brzucha ogromny kawał szkła. Z rany wypływała duża ilość krwi, dziewczyna zaczęła robić się senna, ale za nim zamknęła oczy zobaczyła wysoką szczupłą postać wychodzącą z auta. Zamknęła oczy nie mogąc dłużej utrzymać powiek.
- Śpij...- usłyszała uspokajający głos.- To jeszcze nie koniec...
***
Szybko tworzyła oczy podnosząc się do pozycji siedzącej. Włosy lepiły jej się do czoła. Nie minęła sekunda, a jej oczy przyzwyczaiły się do ciemności w pokoju. Z zaskoczeniem stwierdziła że to nie był jej pokój. Zsunęła się z miękkiego łóżka na drewniane panele. Podniosła męską koszulę, którą miała na sobie aby zobaczyć czy wszystko nie było głupim snem, gdy ona upiła się w barze i poszła do jakiegoś faceta.
 - O cholera...- szepnęła.
Na jej brzuchu była szeroka blizna w miejscy gdzie przeszyło ją szkło.  Jak ktoś mógł ją tak szybko wyleczyć? Może była w śpiączce? Na wszystkie te pytania próbowała znaleźć jakieś racjonalne wytłumaczenie, lecz nic nie udało jej się wymyślić.
 Poddała się i przyjrzała się dużemu pokoju. ściany pomalowany na jasno niebieski kolor, obok łóżka ciemny stolik na którym stała kremowa ściana. W nogach łóżka stał ciemny kufer z kolorowym kocem. Na środku czarnych paneli leżał biały puchaty dywan. Po prawej stronie leżała biała piękna toaletka z różnymi kosmetykami, perfumami i biżuterią.
 Przejrzała się w lustrze. Jej brązowe włosy odstawały w różne strony, przyklepała je trochę ręką. Mogła użyć szczotkę z toaletki, ale nie wiedziała czyja jest. Ręką pociągnęła w dół męską białą koszule, która odsłaniała większą część jej ud.  Skierowała się z stronę rozsuwanych jasno brązowych drzwi. Okazało się, że za drzwiami były różne kolorowe topy, rurki i szpilki. Juliette patrzyła na ubrania zaczarowana. Wzięła do ręki jedną z jedwabnych koszul, była w jej rozmiarze. Zastanawiała się w czyim domu się znajduje.
  Wyszła z pokoju. Znajdowała się w szerokim korytarzu w ścianach o kolorze kawy z mlekiem. Naprzeciw niej były drzwi, lecz postanowiła iść za radosnymi głosami. Doszła do wielkich schodów na których leżał szary dywan. Zeszła po nich powoli uważając aby zachowywać się cicho.
  Nie narób hałasu, Jul. Nie narób hałasu, powtarzała w głowie jak mantrę.
 Był to jej
 błąd, pisnęła gdy zachwiała się na krawędzi schodka. Spadała, lecz nie poczuła upadku tylko czyjeś ramiona. Popatrzyła na tajemniczą osobę, którą był wysoki brunet z jaśniejszymi i ciemniejszymi pasemkami. Jego zimne, szare oczy przeszywały ją na wylot. Juliet powstrzymała zimny dreszcz.
 -Powinnaś uważać- powiedział chłodno puszczając ją.- Dobrze że już wstałaś.
Patrzyła na mężczyznę nie odzywając się słowem. Wyglądał jakby miał ją zrzucić ze schodów. Nagle w jej głowie pojawiła się straszna myśl. Co jeżeli on i jego wspólnicy wiedzą kim jest i chcą ją zabić, lub przetrzymywać dla okupu? Zaśmiała się w duchu. Równie dobrze mogą zabić ją teraz, bo macocha zrobi już co jej w mocy, aby nie zapłacić za nią nawet grosza. Woli kupić sobie nowe szpilki prosto z wybiegu, lub kupić córce zdzirowatą kieckę odsłaniającą pół tyłka.  Na ustach bruneta ujrzała wredny uśmiech. Poprawiła koszulę, która niebezpiecznie wysoko uniosła się, gdy spadała.
 - Prowadź- powiedziała cicho, lecz pewnie.
 Uniósł wysoko brwi.
- Do kuchni- dodała gdy patrzył na nią szczerze zaciekawionym wzrokiem.- Jestem naprawdę głodna.
 - No tak, ostatni posiłek- powiedział cicho, lecz usłyszała.
Te słowa zmroziły ją przez chwilę.  Chce mnie zabić, niech to zrobi.  Nie miała zamiaru poddać się szybko. Nie mogła pozwolić, aby Jenifer miała satysfakcję, że stało się z nią to samo co z siostrą. Ruszyła za szarookim idąc powoli, skupiając się na tym aby wyglądała na rozluźnioną.
- O mój Boże, to właśnie ona- powiedziała blondynka wychodząca z kuchni.
Podeszła do Juliette i przytuliła ją mocno.- Ja nie chciałam. Przepraszam...  Na jej twarzy widać było skruchę i żal. Jednego Juli nie mogła zrozumieć, dlaczego ona ją przeprasza. Za to, że mieli ją zabić?
 - Za chwile się dowiesz.- powiedział brunet jakby czytał jej w myśli. - Zresztą po co przeciągać nieuniknione? Nie, nie chcemy cię zabić. My już to zrobiliśmy, no może raczej ona. - wskazał ręką na blondynkę z ciemnymi oczami- Pamiętasz wypadek. Zginęłaś, a ja przemieniłem cię w wampira.
Patrzyła na niego z rozbawieniem powstrzymując się od wybuch śmiechu. Wampiry? Może jeszcze powie jej że istnieją wróżki? Nigdy nie wierzyła w żadne stwory, nawet nie wierzyła w świętego Mikołaja i zawsze kłóciła się o niego z Rosallie.  Nie mogła długo powstrzymywać śmiechu, nie potrafiła. Wydawało jej się to zbyt zabawne. Śmiech uwiązł jej w gardle gdy zobaczyła się jego rozmazującą sylwetkę. Sekundę później poczuła jego zimny oddech na karku, odwróciła się szybko, ale go już tam nie było.
 - Tutaj- usłyszała cichy syk.
Odwróciła się, tym razem wolniej. Mrugnęła kilka razy, aby upewnić się, że dobrze widzi. Szare oczy świeciły na srebrno, a długie, ostre kły raniły dolną wargę. Złapał ją mocno, a gdy próbowała się wyrwać miażdżył jej raniona. W drugiej ręce trzymał woreczek z krwią, podniósł go do ust otwierając. Patrzyła nie niego z przerażeniem, ale on wlał jej od ust krew. Chciała wypluć, lecz ona zaspokajała jej głód. Piła łapczywie w czasie gdy on powoli niósł ją w stronę stołka. Usiadł kładąc ją sobie na kolanach i delikatnie kołysał.
- Grzeczna dziewczynka- powtarzał groźnym tonem.  Juliet nie zwróciła uwagi na inne osoby znajdujące się w kuchni. Dopiero gdy nie było już krwi w woreczku zobaczyła, że oprócz bruneta i blondynki znajdują się inni.
Poderwała się z kolan chłopaka.
  - Jeszcze.- powiedziała zachrypniętym głosem.
- Nie, już nie- powiedziała surowo blondynka. - Teraz usiądź, przedstawię ci wszystkich.  Zrobiła to co kazała.  - Ja jestem Analyssa, ale mów mi Ana. To...- pokazała ręką na bruneta.
 - Dante- przerwał Anie z aroganckim uśmieszkiem na ustach, lecz po chwili uśmiech zastąpił grymas.- To właśnie przez nią musze być twoją niańką.
- Mam dwadzieścia jeden lat!
  - Którego?
  - Czternastego grudnia.- powiedziała.
 - Ale zmarłaś w wieku dwudziestu- powiedział dumny z siebie Dante.
 - To smutne powiedział niski blondyn uderzająco podobny do Any- Przez całą wieczność nie będzie mogła pić alkoholu.
Ana spiorunowała go wzrokiem.
  - To mój głupi brat Nick.- podeszła do wyższego bruneta z granatowymi oczami był wyższy od Nicka, ale niższy niż Dante.- To Amadeus. To...- pokazała na rudego wysokiego mężczyznę z zielonymi oczami- Oscar.
 Juliet próbowała zapamiętać wszystkie imiona, lecz było to trudne, nigdy nie była dobra w imionach. Wyobrażała sobie co zrobiłby jej Dante, gdyby pomyliła jego imię.
- Tak zrobiłbym to o czym myślisz- powiedział zimno.
  On czyta w moich myślach? Ale jak? zadawała sobie pytania.
 - Wymieniliśmy się krwią znać twoje myśli będę jeszcze przez najbliższy miesiąc.- powiedział znudzony.
- Nie.- powiedziała stanowczo.
- Jakbyś się skupiła, też byś wiedziała o czym myśli.
 - Nie ma mowy- warknął Dante- nikt nie wie co myślę i tak pozostanie.
 Zmarszczyła brwi. Nikt? Jak mogłaby się dowiedzieć? Skupić się, ale na czym? Do jej głowy przyszła smutna myśl. Jest wampirem, nieśmiertelną. A co z jej ojcem? Ma patrzeć jak on umiera, gdy ona nie będzie mogła? Nie chciałaby takiego życie, a myśl że ona może żyć wiecznie, kiedy jej siostra nie była bolesna. Wwiercająca się w jej duszę.
 - Kupiłam ci kilka ubrań? Widziałaś w szafie?- zapytała Ana.
- Kilka?- zapytała.
  - No tak, w końcu masz tu zamieszkać.-Julliet wyobraziła sobie jak nad głową blondynki zapala się żarówka- Za trzy tygodnie mam sesje, wkręcę cię w nią! Do tej pory będziesz już przyzwyczajona do bijących serc.
Iść na sesję? Sesję zdjęciową? Czy właśnie wtedy ludzie nie zobaczą, że się nie starzeje? Zadziwił ją jeszcze jedno. Będzie z nimi mieszkać? Z nimi wszystkimi? Było to coś dziwnego, w końcu ich nie zna.
 Popatrzyła na Dante, który patrzył na wszystkich tylko nie na nią. Gdy Analyssa powiedziała o swoim pomyśle, od razu spiorunował ją wzrokiem.
 - Nie, to będzie za wcześnie.- warknąął.
 Utrzeć nosa Jennifer? Chętnie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz